1st International ASICS FrontRunner Team Meeting!

Propozycja ta spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Jednak nie zastanawiałem się długo, od razu podjąłem rękawice. Zniknąłem na kilka dni, wpadając w wir pozytywnych emocji ludzi zakręconych na punkcie biegania nie mniej niż ja.

Przez spory okres czasu od podjęcia decyzji o wyjeździe „rozbrzmiewała” o nim głucha cisza. Jednak w momencie otrzymywania pierwszych informacji wszystko nabrało rozpędu niczym śnieżna kula. Kolejne maile zdradzały coraz więcej szczegółów tego wydarzenia. Powstały nawet wirtualne formatki, na których deklarowaliśmy chęć udziału w rozmaitych zajęciach proponowanych przez markę ASICS. Cały wyjazd był perfekcyjnie zaplanowany. Zapowiadał się weekend pełen sportowych (i nie tylko) atrakcji, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Tak więc historię tą rozpoczynam od spotkania trójki pozostałych ziomków, którzy wraz ze mną reprezentowali team ASICS FrontRunner Polska na międzynarodowej arenie. Byli nimi Beata „Gazela”, Monika „KacMarek” oraz Piotr „Szycha”. W piątek rano udaliśmy się na warszawskie lotnisko Chopina, by transportem lotniczym udać się do Dusseldorfu, od którego rzut beretem znajdowała się niewielka miejscowość Neuss z niemiecką siedzibą marki ASICS oraz wszystkie inne miejsca będące częścią programu 1st International ASICS FrontRunner Team Meeting.


Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 17 w ośrodku Aktiv Sportpark w Dormagen. Jest to fantastycznie wyposażony obiekt sportowy, przeznaczony zwłaszcza dla fanatyków sportów rakietowych lecz tak naprawdę każdy znajdzie tam coś dla siebie. Pierwszym punktem spotkania był wspólny, biegowy rozruch po okolicznym lesie. Najbardziej zaskakującym elementem tej wyprawy okazał się dla mnie ogród zoologiczny mieszczący się w szczerym lesie. Choć tak naprawdę nie wiem, czy można go w ten sposób nazywać. Była to swego rodzaju osada, w której znajdowały się dziesiątki wybiegów dla saren, danieli, jeleni, kóz, owiec, świń i dzików, rozmaitego ptactwa od egzotycznych pawi po kaczki i gęsi domowe. Uważam, że jest to o tyle świetna inicjatywa, że pozwala bardzo skutecznie edukować młode pokolenie w sferze wiedzy gatunkowej na temat zwierząt coraz rzadziej widywanych na wolności. Po bieganiu, godnie z deklarowanymi wcześniej chęciami wziąłem udział w zajęciach Boot Camp prowadzonych przez dziewczyny z GreenBodyCamp. Dlaczego Boot Camp? Ze względu na to, że kolejnego wieczora planowałem wystartować w zawodach biegowych i nie chciałem zajechać nóg. A wszystkie pozostałem opcje zajęć do wyboru, takie jak spinning czy zajęcia na trampolinach zdecydowanie mocnej angażują właśnie nogi. Po 45 min. zabawy z pompkami, plankami i telepaniem wielgachnej liny, udałem się na chwilę uspokojenia i relaksu podczas zajęć stretchingu prowadzonych przez Hie Kima, przekozaka w dziedzinie jogi. Godzina rozciągania wystarczyła, bym gibki niczym cyrkowy akrobata oddelegował się na zasłużony prysznic oraz kolację, po której wraz z przyjaciółmi z Niemiec przetransportowaliśmy się na noc do hotelu.


Sobota była dniem głównie treningu intelektualnego. Rozpoczęliśmy go od wykładu przedstawiającego kierunek działań, planów, założeń programu ASICS FrontRunner oraz kolekcję ASICS na najbliższy sezon. Zaraz po nim rozeszliśmy się na wcześniej zaplanowane, rozmaite spotkania tematyczne. Mnie szczególnie mocno kręcił temat „Digital: From fake to fame”, dlatego wybrałem właśnie ten. W południe wszyscy zebraliśmy się na wspólne zdjęcie. Przyznam, że nieco czasu na ten jeden pstryk zeszło. W końcu nie łatwo zapanować na grupą blisko 150 przesyconych energią biegaczy. Po zdjęciach grupowych przyszedł czas na zdjęcia narodowych reprezentacji oraz indywidualne. Po solidnej dawce pozowania podjedliśmy co nieco, odebraliśmy numery startowe no i udaliśmy się do hotelu by choć chwilkę wyciszyć się przed wieczornym biegiem 35. Neusser Sommernachtslauf. Do wyboru mieliśmy dwa dystanse, 5 oraz 10km. Przyznam szczerze, że pierwotnie docierające do nie informacje mówiły o dwóch pięciokilometrowych pętlach, dlatego nie widziałem przeciwskazań by właśnie wtedy podjąć próby zaatakowania swojego rekordu życiowego. Rezultat jaki osiągnąłem tydzień wcześniej podczas II Bukowksiego Biegu im Księcia Mieszka oraz zaplanowany na godz. 21 start biegu głównego tylko utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie jest to tylko marzenie ściętej głowy. Sytuacja zaczęła się komplikować w momencie wyjścia z hotelu, kiedy to jeden z pozostałych uczestników biegu napomknął coś o 4 pętlach. Cztery okrążenia, no szału nie ma ale tragedii jeszcze też nie, pomyślałem. Do czasu, ponieważ potencjalna ilość pętli zmieniała się jeszcze dwukrotnie. Ostateczną wersję przedstawił spiker bezpośrednio przed startem biegu. Do pokonania mieliśmy 9 pętli po nieco ponad 1100m. Wtedy zrozumiałem, że nie będzie to sielanka. Bieg otworzyła bardzo mocna trójka zawodników. Ja trzymałem się w kilkuosobowej grupie pościgowej. Trasa była mocno urozmaicona, kręta i bardzo techniczna. Pierwsze dwie pętle biegłem nawet mocnym tempem z dużą swobodą. Problemy zaczęły się pod koniec drugiej pętli, kiedy dogoniłem ogon biegu i rozpocząłem manewry wyprzedzania, które na wąskiej trasie okazały się być gwoździem do trumny. Zmiany kierunku, rwane tempo stopniowo siało spustoszenie w moich mięśniach. Kumulacja zmęczenia zaczęła poważnie dawać się we znaki krótko po półmetku biegu. Tempo zaczęło wyraźnie spadać. Wtedy już wiedziałem, że o PB nie ma co marzyć. Baaa, przekonany byłem, że problemem będzie nawet wynik z kategorii przyzwoitych. Nie myliłem się. Wypruty doszczętnie, ukończyłem bieg w czasie nieco ponad 35min. na 6msc open. Na osłodę goryczy niepowodzenia w biegu pozostała mi wieczorna, choć trwająca niemal do białego rana impreza w klubie Basement.


Po bardzo krótkiej nocy, mocno niewyspani ruszyliśmy ponownie do siedziby ASICS na małe zakupy z cyklu Sample Sale. Szał zakupów trwał kilka godzin i zakończył się przed południem. Wtedy, wraz z naszą szaloną znajomą z Niemiec – Svenją (swoim małym Oplem Corsą jeździła szybciej niż Felipe Massa bolidem F1) przetransportowaliśmy się na mieszczącą się niedaleko plażę Wakebeach 257. Wtedy przyszedł czas na rekreację lub na błogi chill, jak kto wolał. We wcześniej wypełnianych formatkach, nie mogąc się zdecydować, deklarowałem chęć wzięcia udziału chyba we wszystkim od siatkówki plażowej, przez bieganie, zajęcia Fit and Fun, Wakeboard, jogę, pływanie, aż po rugby na wodzie. Jednak w momencie, kiedy znalazłem się na boisku do plażówki, mając naprzeciwko siebie profesjonalne zawodniczki TSV Bayer 04 Leverkusen wróciły wspomnienia sprzed lat i zadomowiłem się tam na dłużej niż zakładałem. Być może niewielu z Was wie, że siatkówka plażowa to moja olbrzymia miłość z lat gimnazjalnych oraz licealnych. I choć nie zajmowałem się tym profesjonalnie trenując czy biorąc udział w zawodach, uwielbiałem spędzać czas na plaży odbijając piłkę ze znajomymi. Po kilku godzinach przebijania piłki przez siatkę chyba wszyscy odczuli zmęczenie, bo bez zbędnego nakłaniania, po skończonym kolejnym meczu zeszliśmy wspólnie z placu gry. Byliśmy cali oblepieni piaskiem, dlatego od razu z Szychą puściliśmy się pędem do jeziora. Po krótkiej kąpieli zorientowaliśmy się, że nasze kilkugodzinne chojrakowanie po piasku, w pełnym słońcu dość niekorzystnie zniosła nasza skóra, która wtedy wydawała się lekko przypieczona. W rzeczywistości była spieczona na amen! Wtedy jeszcze się tym nie przejmowałem. Korzystałem z chwili. Wczesnopopołudniową porą, mniejszą grupą udaliśmy się na kilkunastokilometrowy rozruch po okolicy. Po nim skupiłem się już wyłącznie na jedzeniu, uzupełnianiu płynów i pogaduchach ze znajomymi. Wczesnym wieczorem taksówką wróciliśmy do hotelu, by odespać nieco zarwaną poprzednią noc.


Poniedziałek był ostatnim dniem naszego spotkania, a program był wyjątkowo ubogi. Tak naprawdę, tego dnia odbyło się wyłącznie poranne spotkanie treningowe, w którym jednak nie mogliśmy wziąć udziału ze względu na wczesną godzinę odlotu do Warszawy. W związku z czym, zaraz po śniadaniu taksówką udaliśmy się na lotnisko skąd nastąpił powrót do Polski.

To był fascynujący, pełny pozytywnych emocji weekend. Weekend podczas którego poznałem wielu wspaniałych ludzi. Ludzi zakręconych na punkcie biegania nie mniej niż ja. Dziękuję, że mogłem być częścią tego wspaniałego wydarzenia. 1st International ASICS FrontRunner Team Meeting pozostanie dla mnie jedną z najwspanialszych przygód mojego życia!