Półmaraton Philips’a w Pile na przełamanie

Wprawdzie do najlepszego wyniku w tym roku zabrakło to i tak wreszcie mogę powiedzieć, że bieg poszedł po mojej myśli! Ale zacznę od początku.

Niedzielny chłodny poranek, pobudka przed 7:00, 2 bułki pszenne z miodem na śniadanie, toaleta ostatnie sprawdzenie zawartości torby. Wyjechaliśmy tuż przed 8.
Za kierownicę wsiadła Lila twierdząc, że sram ogniem (czyt. stresuję się) jak nigdy. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po Monkę, która miała nam tego dnia dotrzymać towarzystwa. Po drodze jak zwykle przygody i błądzenie, w życiu nie myślałem, że Oborniki mnie czymś zaskoczą, a tu jednak 🙂 na szczęście po kilku minutach krążenia odnaleźliśmy właściwą drogę.
Do biura zawodów docieramy o 9:30. Spodziewałem się kolejek, że wystanie w nich ograniczy mi czas na rozgrzewkę, która przy dzisiejszych 10, czy 12°C, była wyjątkowo mocno potrzebna. Na szczęście okazało się, numerek ze strefy poniżej 100 daje ten profit, że formalności załatwiasz od ręki (życzę sobie tak, oby jak najczęściej). Wtedy zostało kilka chwil na przywitanie się ze znajomymi i pogawędki.
Kilka chwil po 10, przebrałem się i ruszyłem na rozgrzewkę, 4km roztruchtania, kilkanaście minut strawności, toaleta, przebrałem się i ruszyliśmy w kierunku linii startu. Po drodze kilka przebieżek. Byłem gotowy!
W strefie spotkałem Wojtasa, z którym zdążyliśmy pyknąć sobie foto (zamieszczone poniżej). Tuż przed startem zaczął padać deszcze jak się okazało później, który padał, lub chwilami lał się z nieba przed cały bieg. Swoją drogą, to był mój pierwszy bieg w takich strugach. Starter odliczał. Zostało kilka chwil, kilka spokojnych oddechów.
Wystrzał nastąpił punktualnie o 11. Konie, u boku z tymi mniej doświadczonymi pognali do przodu, ja natomiast trzymałem się swojego tempa. Plam miałem następujący, zacząć po 3:35 i jak Bóg da to w dalszej części dystansu podkręcić i urywać ile się da. Już po kilku kilometrach uformowaliśmy 4 osobową grupę, w której pokonaliśmy większą część dystansu. Właściwy rytm złapaliśmy po 6km i wtedy zaczęliśmy przyśpieszać. Kilometry mijały niepostrzeżenie. Deszcz lał się w oczy, wiatr o dziwo nie doskwierał, poza jednym dłuższym odcinkiem gdzieś połowie trasy. Po tym odcinku nasz szyk zaczął tracić zwartość. Jeden odjechał zaczął odjeżdżać, drugi zostawał z tyłu. W tym momencie zrozumiałem, że od teraz trzeba liczyć wyłącznie na siebie. Na 3km przed metą postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i ruszyłem na tak zwanego trupa. I tu muszę przyznać, że całkiem nieźle go znosiłem 🙂 powoli zbliżałem się do większej grupki biegnącej przede mną, która także zaczynała się rozpraszać. Na ostatniej morderczo długiej prostej postanowiłem poprawić jeszcze nieco zajmowaną pozycję i wyprzedzić dwóch niedobitków lecących przede mną. Pół kilometra przed metą minąłem pierwszą z nich, kobietę. Mężczyzna natomiast niesiony dopingiem kibiców dzielnie bronił się przed atakiem. Jednak w końcu puścił i kilka metrów przed metą udało mi się i jego wyprzedzić. Przyznam się, że na tym finiszu nogi miękkie już miałem.
Na metę wpadłem z czasem 1:14:48 z drugim w karierze wynikiem na tym dystansie. Podbudowany i mocny po tak dobrze ułożonym dla siebie biegu. Odebrałem medal, podszedłem do dzielnie znoszących niepogodę „moich dziewcząt”, po czym udałem się na masażyk. Zmarzłem tam jak jasna cho…ra. Trzęsący poleciałem po bluzę, na gorący prysznic i raczej słaby, z czym pewnie zgodzą się dziewczyny, obiad. Po którym sennie wróciliśmy do domu.

Popołudnie i wieczór mija mi pod znakiem odpoczynku po dobrze wykonanej robocie. I oby tak dalej, dobre jak dziś samopoczucie nie opuszczało mnie przez najbliższe tygodnie. Maraton nadciąga wielkimi krokami, a ja nie widzę innego rozwiązania niż, po prostu, być na niego gotowym!

Wszystkim uczestnikom dzisiejszych zmagań gratuluję. Przebiec ten półmaraton w takiej pogodzie to była wielka rzecz!

11222552_1036174046414303_4430049253720012202_o